Mechanizm
mechanizm przeznaczenia
pracowicie mieli lata
cichy wspólnik naszego istnienia
stale do mych drzwi kołata
piekielna maszyna zagłady
dyszy na pełnych obrotach
przyśpiesza aż do przesady
niczym Golem w zalotach
każdy dzień niszczy pracowicie
pieczęcią niepowrotu stemplując
układa w archiwum pieczołowicie
nie naprawiania błędów pilnując
nawet pełni szlachetnych zapędów
w końcu muszą polec
nie naprawiając błędów
gdy mechanizm wybije koniec
Chichot
przeznaczenie asymiluje moje myśli
los w lot je przechwytuje
wszystkie w każdej ilości
okoliczności splot plany krzyżuje
jak mierzyć się z kolejnymi porażkami
zarezerwowanymi dla mnie
przewrotnego losu igraszkami
klęskami przychodzącymi gromadnie
to bitwa z wiatrakami
podjąć walkę umie tylko Don Kichot
nad takimi jak ja watażkami
los rozpościera szyderczy chichot
chciałbym
chciałbym przejść świat cały
wszystkie jego bezdroża
wciąż jestem go ciekawy
objąć go wokół niczym zorza
postawić nogę wszędzie
na każdym jego kawałku
nie wiem kiedy to będzie
zacznę od poniedziałku
siedem gór przemierzę i siedem rzek
zostawię te liczby magiczne za sobą
idąc, w drodze powitam nowy wiek
przeszły będzie mej starości ozdobą
kiedy nadejdzie ten szczególny dzień
by ostatni postawić swój krok
i dostojnie wkroczyć nim w cień
oświadczę nim ogarnie mnie mrok
ja obywatel świata mały
z czystym sumieniem powiem
zdeptałem go cały
teraz idę sobie
zaręczyny
co byś powiedział na nasze zaręczyny
tradycyjną zmianę stanu zapowiedź
z radością przyjmę twoje oświadczyny
prawda, że chciałbyś? no powiedz
ustalimy spokojnie ilość dzieci
omówimy miejsca urlopów lipcowych
przestaniesz latać po świecie
wzorem innych ojców obowiązkowych
jakie kwiaty będziesz mi przynosił
czy potrafisz zapamiętać jakie lubię?
w jakich godzinach na rękach nosił
tylko wtedy cię poślubię
porzucimy życie dotychczasowe
na pewno twoje jest nieciekawe
lepsze rozpoczniemy, wspólne, nowe
stare nawyki pójdą w odstawę
będę czekała obiadem domowym
kulinarnym dowodem oddania i miłości
ciebie zmęczonego dniem zarobkowym
potem przyjmiemy odpowiednich gości
będziesz mógł pochwalić się dobrą żoną
skarbem o jakim nie marzyłeś
będę przecież twoją wymarzoną
wyznać, ile się przy mnie nauczyłeś
dlaczego nic nie mówisz o naszych zaręczynach?
przepis
weź dwa funty żalu, trzy emocji
przegotuj na fali wspomnień
wycie wiatru, jęzor plotki
podsmarz na płomieniu marzeń
zetrzyj w puch niechciane wspomnienia
dodaj czarcie zielsko z gracją
świeżymi wrażeniami nasącz zapomnienia
składniki zmieszaj z dziką pasją
dodaj zapach wiosny i jesieni
z morza martwego garść rybich ości
kolory; samotności i róż czerwieni
i pokrojone spojrzenie wścibskości
duś długo pod przykryciem, nie zaglądaj
czasem odparuj emocje z werwą
wylej na papier miksturę diabelską
obserwuj rodzące się znaki z rezerwą
jeśli będzie za dużo lub mało liryczny
do poprawki bądź gotowy
dopuszczalny atrament sympatyczny
resztę dopiszesz z głowy
dostosowanie
umówić się z oczami
by nie pokazywały odrazy
dogadać z ustami
tylko słodkie wyrazy
dostosować gesty oszczędne
zdaniem wspólnym wyrokować
formułować opinie oględne
nie dać się sprowokować
brak uczuć wyższych
zgodnie wychwalać
wyprzeć się najbliższych
z otoczeniem stopniowo scalać
dwulicowść
dwulicowość nie jest wadą
to tylko wymóg czasu taki
zaletą, towarzyską ogłada
system myślenia dwojaki
nie liczą się w towarzystwie
ubodzy w lica jednotwarzowcy
świadczy to o ich lenistwie
podejrzani, nie budza ufności
jedna twarz małością jest
świat żąda zbioru większego
twarz bez maski niczym test
śiadectwo ubóstwa wewnętrznego
inna maska na każdy dzień
to szczyt elegancji
innych usuwa w cień
daje dowód gwarancji
anioł
delikatne muśnięcia loków
niczym zapach róż
to przypływa z obłoków
mój anioł stróż
pocałunek zostawia na czole
czule gładzi skrzydłem
zatrzymuje wzrok przy moim mozole
jest to jego prawidłem
patrzy wyrozumiale co dziś napisałem
rano czuję na policzku ślad
cenna wizytę znowu przespałem
powiększona lista strat
drżenie
zgodnie z ruchem kwiobiegu
los niepewność wtłacza
oszołomieni po tym zabiegu
przypominamy bezwolnego tułacza
krażąc po wszystkich zakamarkach
wypełnia je zawartością szczelnie
nie sposób zniszczyc tego tyrana
władającego nami niepodzielnie
wszelkie iskierki już pewności
zalewa zwatpienia strumieniem
zatapianą resztkę godności
oprawia kolan drżeniem
cel
cel zgubiłem nieszczęsny
a tak go strzegłem, już po mnie
w szufladzie zatrzaśnięty
z kluczem zgubionym swawolnie
cel po drodze zagubiony
na rozstajach zawiłości
może nie byłby stracony
gdyby go uprościć
może gdybyłby prostrzy
łatwiejszy do upilnowania
przed oczami zawistnych ostrzy
doznałby łaski dotrwania
opłaczą go wierzby przydrożne
mi łez już zabrakło
mam tylko życzenie pobożne
by nie tęsknić zanadto
nie wracać wspomnieniem
starych ran nie rozdrapywać
ugasić pragnienie strumieniem
w rowie przydrożnym dogorywać
|