..

 
 
Zbigniew Miciuła

Mechanizm

 

mechanizm przeznaczenia
pracowicie mieli lata
cichy wspólnik naszego istnienia
stale do mych drzwi kołata
piekielna maszyna zagłady
dyszy na pełnych obrotach
przyśpiesza aż do przesady
niczym Golem w zalotach

 

każdy dzień niszczy pracowicie
pieczęcią niepowrotu stemplując
układa w archiwum pieczołowicie
nie naprawiania błędów pilnując

 

nawet pełni szlachetnych zapędów
w końcu muszą polec
nie naprawiając błędów
gdy mechanizm wybije koniec

 

 

Chichot


przeznaczenie asymiluje moje myśli
los w lot je przechwytuje
wszystkie w każdej ilości
okoliczności splot plany krzyżuje

 

jak mierzyć się z kolejnymi porażkami
zarezerwowanymi dla mnie
przewrotnego losu igraszkami
klęskami przychodzącymi gromadnie

 

to bitwa z wiatrakami
podjąć walkę umie tylko Don Kichot
nad takimi jak ja watażkami
los rozpościera szyderczy chichot

 

 

chciałbym

 

chciałbym przejść świat cały
wszystkie jego bezdroża
wciąż jestem go ciekawy
objąć go wokół niczym zorza

 

postawić nogę wszędzie
na każdym jego kawałku
nie wiem kiedy to będzie
zacznę od poniedziałku

 

siedem gór przemierzę i siedem rzek
zostawię te liczby magiczne za sobą
idąc, w drodze powitam nowy wiek
przeszły będzie mej starości ozdobą

 

kiedy nadejdzie ten szczególny dzień
by ostatni postawić swój krok
i dostojnie wkroczyć nim w cień
oświadczę nim ogarnie mnie mrok

 

ja obywatel świata mały
z czystym sumieniem powiem
zdeptałem go cały
teraz idę sobie

 

 

zaręczyny

 

co byś powiedział na nasze zaręczyny

tradycyjną zmianę stanu zapowiedź

z radością przyjmę twoje oświadczyny

prawda, że chciałbyś? no powiedz

 

ustalimy spokojnie ilość dzieci

omówimy miejsca urlopów lipcowych

przestaniesz latać po świecie

wzorem innych ojców obowiązkowych

 

jakie kwiaty będziesz mi przynosił

czy potrafisz zapamiętać jakie lubię?

w jakich godzinach na rękach nosił

tylko wtedy cię poślubię

 

porzucimy życie dotychczasowe

na pewno twoje jest nieciekawe

lepsze rozpoczniemy, wspólne, nowe

stare nawyki pójdą w odstawę

 

będę czekała obiadem domowym

kulinarnym dowodem oddania i miłości

ciebie zmęczonego dniem zarobkowym

potem przyjmiemy odpowiednich gości

 

będziesz mógł pochwalić się dobrą żoną

skarbem o jakim nie marzyłeś

będę przecież twoją wymarzoną

wyznać, ile się przy mnie nauczyłeś

 

dlaczego nic nie mówisz o naszych zaręczynach?

 

 

przepis

 

weź dwa funty żalu, trzy emocji

przegotuj na fali wspomnień

wycie wiatru, jęzor plotki

podsmarz na płomieniu marzeń

 

zetrzyj w puch niechciane wspomnienia

dodaj czarcie zielsko z gracją

świeżymi wrażeniami nasącz zapomnienia

składniki zmieszaj z dziką pasją

 

dodaj zapach wiosny i jesieni

z morza martwego garść rybich ości

kolory; samotności i róż czerwieni

i pokrojone spojrzenie wścibskości

 

duś długo pod przykryciem, nie zaglądaj

czasem odparuj emocje z werwą

wylej na papier miksturę diabelską

obserwuj rodzące się znaki z rezerwą

 

jeśli będzie za dużo lub mało liryczny

do poprawki bądź gotowy

dopuszczalny atrament sympatyczny

resztę dopiszesz z głowy

 

 

dostosowanie

 

umówić się z oczami

by nie pokazywały odrazy

dogadać z ustami

tylko słodkie wyrazy

 

dostosować gesty oszczędne

zdaniem wspólnym wyrokować

formułować opinie oględne

 nie dać się sprowokować

 

brak uczuć wyższych

zgodnie wychwalać

wyprzeć się najbliższych

z otoczeniem stopniowo scalać

 

 

dwulicowść

 

dwulicowość nie jest wadą
to tylko wymóg czasu taki
zaletą, towarzyską ogłada
system myślenia dwojaki

 

nie liczą się w towarzystwie
ubodzy w lica jednotwarzowcy
świadczy to o ich lenistwie
podejrzani, nie budza ufności

 

jedna twarz małością jest
świat żąda zbioru większego
twarz bez maski niczym test
śiadectwo ubóstwa wewnętrznego

 

inna maska na każdy dzień
to szczyt elegancji
innych usuwa w cień
daje dowód gwarancji

 

 

anioł

 

delikatne muśnięcia loków
niczym zapach róż
to przypływa z obłoków
mój anioł stróż

 

pocałunek zostawia na czole
czule gładzi skrzydłem
zatrzymuje wzrok przy moim mozole
jest to jego prawidłem

 

patrzy wyrozumiale co dziś napisałem
rano czuję na policzku ślad
cenna wizytę znowu przespałem
powiększona lista strat

 

 

drżenie

 

zgodnie z ruchem kwiobiegu
los niepewność wtłacza
oszołomieni po tym zabiegu
przypominamy bezwolnego tułacza

 

krażąc po wszystkich zakamarkach
wypełnia je zawartością szczelnie
nie sposób zniszczyc tego tyrana
władającego nami niepodzielnie

 

wszelkie iskierki już pewności
zalewa zwatpienia strumieniem
zatapianą resztkę godności
oprawia kolan drżeniem

 

 

cel

 

cel zgubiłem nieszczęsny
a tak go strzegłem, już po mnie
w szufladzie zatrzaśnięty
z kluczem zgubionym swawolnie

 

cel po drodze zagubiony
na rozstajach zawiłości
może nie byłby stracony
gdyby go uprościć

 

może gdybyłby prostrzy
łatwiejszy do upilnowania
przed oczami zawistnych ostrzy
doznałby łaski dotrwania

 

opłaczą go wierzby przydrożne
mi łez już zabrakło
mam tylko życzenie pobożne
by nie tęsknić zanadto

 

nie wracać wspomnieniem
starych ran nie rozdrapywać
ugasić pragnienie strumieniem
w rowie przydrożnym dogorywać